Historie z dziecięcych lat, część 2

Odzew pod pierwszą częścią historii był tak ogromny, że wciąż nie mogę dojść do siebie (swoją drogą, jeżeli jeszcze nie widzieliście, to koniecznie sprawdźcie sekcję komentarzy!). Dostałam kilka wiadomości, w których narzekaliście, że tekst był za krótki, oraz pytaliście o drugą część. To dzięki Wam mam motywację do dalszego rozwoju i pisania, tak więc dzisiaj zapraszam do lektury kolejnych czterech opowieści z mojego barwnego dzieciństwa!

 

Waniliowe mleko

Myślę, że podobną historią może pochwalić się każdy, ale mogę się mylić, więc zacznę od kolejnego szalonego wybryku maleńkiej Weroniki. Mając około trzy latka byłam okropnym łakomczuchem, co z łatwością można było zauważyć po mojej pulchnej buzi. Z chęcią zjadałam przygotowane przez mamę posiłki i przeszukiwałam różne zakamarki w poszukiwaniu przekąsek. Zazwyczaj znajdowałam je w jednej z kuchennych szafek lub w salonie. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, gdy pewnego dnia znalazłam waniliowe mleko w łazience. Wyczuwałam w tym podstęp, więc postanowiłam powąchać płyn, by sprawdzić czy nie jest to pułapka. Pachniał przepięknie, kolor też był cudowny, więc prawdopodobnie uznałam, że ktoś przez pomyłkę zostawił je właśnie tutaj. Zadowolona ze swojego sukcesu odkręciłam dziwną nakrętkę i przeszłam do konsumpcji by… zdać sobie sprawę, że to jednak nie było mleko, a nie wszystko co pięknie pachnie, smakuje równie pięknie!

 

Aleksander

Przez całe życie kształtujemy poglądy, szukamy moralności i wybieramy autorytety. Często ideały ulegają zmianie a wraz z nimi ktoś, kto kiedyś był wzorem traci nasze uznanie.Czasem jednak udaje się zachować to poszanowanie i zachwyt nad kimś przez całe życie. Jestem jeszcze młoda i wiele rzeczy może ulec zmianie, ale w moim sercu jest ktoś, kto przez całe dzieciństwo był dla mnie wielkim autorytetem i pozostał nim do dziś. Do czwartego roku życia większość dnia spędzałam w domu dziadków, a wieczorami niechętnie, zazwyczaj z krzykiem i łzami w oczach, wracałam do domu. Każdy dzień zaczynaliśmy od wspólnego śniadania. Wtedy to właśnie Aleksander siadał przy okrągłym stole i jadł zupę mleczną lub kanapki z twarogiem. W zależności od nastroju: na słodko lub wytrawnie. I tak gdy on słodził zupę – ja również to robiłam, a gdy dodawał miód do kanapek – ja także nie mogłam obyć się bez tego dodatku. Lekko problematyczne było picie kawy, jednak znaleźliśmy na to rozwiązanie i gdy Aleksander sączył poranną dawkę kofeiny, ja rozkoszowałam się smakiem zbożowej Inki (oczywiście w identycznym kubku!). Robiłam właściwie wszystko, co on. Gdy szedł na podwórko, by zająć się gospodarstwem, starałam się pomagać, a gdy przychodziła pora na popołudniową drzemkę – zawsze miał towarzysza. Czas spędzony z Aleksandrem to nie tylko chodzenie za nim krok w krok, to także wspólne zabawy, huśtanie się oraz budowanie zamków z piasku. Zawsze nazywał mnie swoją księżniczką i nigdy nie pozwolił nikomu mnie skrzywdzić. Kochał mnie czystą i bezwarunkową miłością, którą przez całe dotychczasowe życie skrywał głęboko pod skórą. Wszystko zaczęło się zmieniać chwilę przed moimi czwartymi urodzinami, a ja nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego co się dzieje. Z mojej perspektywy można było dostrzec jedynie to, że Aleksander miał coraz mniej siły i nie mogliśmy bawić się jak dawniej. Tamtego dnia pożegnaliśmy się jak zwykle, uściskałam go z całych sił i dałam buziaka w policzek po czym wróciłam z rodzicami do domu. Gdy następnego ranka  przyjechałam odwiedzić dziadków, Aleksandra nigdzie nie było: szukałam go, nawoływałam jednak nikt nie odpowiadał. Tamtego dnia, gdy całowałam go w policzek, nie wiedziałam że żegnam się z moim wielkim autorytetem, wspaniałym przyjacielem i dziadkiem – Aleksandrem po raz ostatni.

 

Indiański wódz

Mając cztery lata przeprowadziłam się wraz z bratem i rodzicami do Augustowa. W nowym środowisku nie było łatwo się odnaleźć, więc mama próbowała nam to wynagrodzić. Do dziś jestem pod wrażeniem jej kreatywności w wymyślaniu przeróżnych gier i zabaw. Jedną z moich ulubionych była ta w Indian. Może brzmi to dość prozaicznie, ale sposób w jaki moja mama przeprowadzała całe przedsięwzięcie był fatastyczny. Zaczynaliśmy od nadania sobie barw w zależności od pozycji – oczywiście naturalnym surowcem do malowania twarzy znalezionym w domu były mamine kosmetyki. Następnie zaczynała się moja ulubiona część, czyli budowanie obozowiska. I tak za pomocą koców, poduszek, lampek choinkowych i mebli w salonie tworzyliśmy wielki namiot, który zajmował całe pomieszczenie. Następnie zaczynała się historia w tle, którą moja mama zręcznie wymyślała. Gdy mieliśmy już odpowiedni wygląd, obozowisko i fabułę mogliśmy zaczynać grę, która potrafiła trwać godzinami, a w mojej głowie zapisała się jako jedno z najlepszych wspomnień z dzieciństwa. Myślę, że to między innymi dzięki takim zabawom dziś moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką, a w przyszłości chciałabym czerpać inspirację z jej rodzicielstwa wychowując własne dzieci.

 

Mężczyzna z lotniska

Przez długi czas wahałam się czy opublikować tę historię. Chciałam, aby te posty pełne były nostalgii i radości charakterystycznej dla dzieciństwa, jednak to o czym napiszę, dla mnie jest nieodłącznym elementem ówczesnej rzeczywistości.

Podczas gdy mama przeprowadziła się ze mną i bratem do Augustowa, mój tata wyjechał znacznie dalej. Przez cały okres przedszkolny był on jedynie głosem w słuchawce telefonu, który co jakiś czas przysyłał paczki pełne zabawek i słodyczy zza oceanu. Minęło kilka lat i można powiedzieć, że zarówno dla mnie i mojego brata był on obcym człowiekiem. Wiem, że nie miał wyboru, był nieszczęśliwy i pełen tęsknoty. Widziałam też, jak ciężko było mamie widywać się z nim raz na kilka miesięcy i jak skrupulatnie wysyłali do siebie listy. Gdy miałam osiem lat, w wakacje pomiędzy pierwszą a drugą klasą szkoły podstawowej przyszedł w końcu dzień, w którym wraz z bratem będziemy mogli poznać mężczyznę, którego nazywaliśmy tatą, ale który fizycznie był jedynie głosem z telefonu. To była jak dotychczas największa podróż w moim życiu, nie wiem czy za sprawą perspektywy, przebytej odległości czy czasu. KIlkunastogodzinna trasa samolotem wyczerpała nas wszystkich. I tak znaleźliśmy się na gigantycznym lotnisku pełnym ludzi mówiących w języku, którego nie rozumiałam. Złapałam brata za rękę i poszliśmy przodem, ściskałam go z całych sił z obawy przed zagubieniem. Powoli zjeżdżaliśmy ruchomymi schodami w miejsce, w którym ludzie oczekiwali zniecierpliwieni na swoich gości. Na naszych twarzach wypisane było przerażenie. Moją uwagę szczególnie zwrócił pewien mężczyzna. Początkowo szukał nerwowo wzrokiem kogoś wśród tłumu, a potem zauważyłam że patrzy się na mnie i brata. Z niewiadomych przyczyn nie czułam przerażenia, mężczyzna patrzył zatroskanym wzrokiem, zauważyłam łzy w jego oczach. Ukucnął i rozłożył ręce, odkładając dwa pluszowe pieski na ziemię. Zauważyłam, że czeka na to aż wraz z bratem podejdziemy do niego. Odwróciłam się kontrolnie w stronę mamy. I za jej aprobatą podeszliśmy do mężczyzny, a on ze łzami w oczach powiedział ciepłym i znajomym mi głosem „Już nigdy nie chcę was stracić”. W tym momencie zdałam sobie sprawę kim był mężczyzna z lotniska.

_____________

Dajcie koniecznie znać czy podobała się Wam druga część historii z dzieciństwa i jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście, to koniecznie podzielcie się waszymi wspomnieniami. Chciałabym też sprostować, że wszystko co jest opisane tu i w poprzedniej części piszę z perspektywy dziecka, przez to nie da się uniknąć pewnych wyolbrzymień i idealizacji pewnych miejsc czy sytuacji. Mimo wszystko mam nadzieję, że przywołało to po raz kolejny nutkę nostalgii i zachęciło Was do własnych wspomnień i poszukiwań.

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapiszZapiszZapisz

ZapiszZapiszZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz